Życie jest łatwiejsze, gdy mieszkamy po sąsiedzku z przyjaciółmi

Czy czujesz potrzebę wspólnoty? Kooperatywa mieszkaniowa zapewnia przyjazne sąsiedztwo i przestrzeń w przystępnej cenie

Sven Eberlei, 16.07.2012

Kiedy urodziła się córka Sary i Andy’ego Karlsonów, Greta, zajmowali wtedy jednopokojowe mieszkanie w Oakland. Czuli się jednak nieswojo w miejscu, w którym rzadko widywali innych mieszkańców. Najbardziej dotknęło Sarę zaskoczenie sąsiadki, która przywitała ja pytaniem, „urodziłaś dziecko?”.

„Nawet nie wiedziała, że byłam w ciąży”, wspomina z żalem Sara. „Mieszkając tam przez dwa lata, nie udało nam się nawet poznać imion wszystkich sąsiadów”.

Poczucie wyobcowania i brak krewnych w Kalifornii sprawiły, że marzli o miejscu, w którym panowałyby dobre stosunki sąsiedzkie, a ludzie strzgliby siebie nawzajem. Marzyli o miejscu, w którym Greta mogłaby swobodnie biegać i się bawić. „Nie mieliśmy własnej przestrzeni oprócz parkingu za budynkiem”, wspomina z żalem Sara. „Czułam wielki smutek, ponieważ zastanawiałam się, gdzie Greta nauczy się wspinać na drzewo”.

Karlsonowie zaczęli szukać mieszkania, ale nie było ich stać na takie z ogrodem – no i zapomnijcie o poczuciu wspólnoty. Jednak zeszłego lata Sara i Andy usłyszeli o otwarciu kompleksu sąsiadujących ze sobą domków dwurodzinnych z lat 20. XX wieku, położonych nad Temescal Creek, dopływem rzeki Santa Ana. Kompleks ten został zmodernizowany i przerobiony na 11-mieszkaniową, wielopokoleniową kooperatywę, usytuowaną w dzielnicy Temescal, w północnej części Oakland. Karlsonowie chętnie skorzystali z okazji i w dalszym ciągu nie mogą uwierzyć w to, jakie mieli szczęście, widząc jak Greta biega teraz radośnie w towarzystwie dziewięciorga kolegów, w otoczeniu królików i kur. To tylko kwestia czasu, kiedy zacznie wspinać się na drzewa figowe lub awokado.

Pragnienie życia we wspólnocie nie jest czymś nowym. W drodze ewolucji istoty ludzkie nauczyły się dzielić wspólną przestrzeń oraz zasoby nie tylko w celu ich przetrwania, ale również ze względu na poczucie przynależności.

Współczesne społeczeństwo ceni sobie autonomię, często kosztem wspólnoty, która cechuje tradycyjne środowiska. Kooperatywa mieszkaniowa – idea rodem z Danii licząca sobie przeszło 50 lat – jest odpowiedzią na ten brak wspólnotowości. Kooperanci i kooperantki biorą udział w procesach projektowania i podejmowania decyzji na drodze konsensusu. Jest to możliwe dzięki spotkaniom integracyjnym, np. przy wspólnych posiłkach.

Wspomniany model jest na tyle elastyczny, że każda kooperatywna wspólnota pracuje nad własnym poczuciem estetyki oraz planem przestrzeni. We wschodniej części Zatoki San Fransisco, zwanej East Bay, od ponad dekady istnieje kilka takich kooperatywnych wspólnot, które nie tylko dowiodły swej umiejętności przetrwania, ale także pokazały, jak potrafią rosnąć i dojrzewać z biegiem czasu.

3147247579_a1c200d860_b
Doyle Street, Emerville. Mlinksva, flickr, domena publiczna

Drugą najstarszą kooperatywą mieszkaniową w Stanach Zjednoczonych jest Doyle Street Cohousing w Emeryville. Pod przewodnictwem Katie McCamant i Chucka Durretta, amerykańskich pionierów w dziedzinie architektury kooperatywnej, pierwsza grupa zasiedliła tę miejsko-przemysłową dzielnicę w 1992 roku. Cały kompleks składa się z dwóch budynków (jeden mieszczący się w budynku pofabrycznym), które tworzą literę „L” i są usytuowane po dwóch stronach dziedzińca z ogrodem, placem zabaw i miejscem do obiadowania. W budynku po fabryce znajduje się duża świetlica, przemysłowa kuchnia, dziecięcy pokój zabaw oraz dwanaście loftów o powierzchni od 65 do 149 m2.

Mieszkający w kooperatywie od 4 lat Brad Gunkel wyjaśnia, na czym polega atmosfera spokoju, która emanuje z takich miejsc jak Doyle Street. „Odwiedziłem niedawno założone wspólnoty działające w myśl szalonej zasady, która głosi, że wszystko należy robić wspólnie”, mówi Gunkel. „Tutaj jednak nie całkiem tak jest”, dodaje. „Owszem jest więź, jest wsparcie i poczucie, że wszyscy strzegą siebie nawzajem. Taką mamy tu kulturę”.

Gunkel mówi, że Doyle Street uczyniło jego życie głębszym. „Mieszkałem w domach jednorodzinnych i wiem, że można pogawędzić lub spotkać się z sąsiadami, jeśli przypadkiem wpadnie się na nich. Ale w gruncie rzeczy nie dzielimy się z nimi sprawami, które dotyczą naszego życia codziennego. Nie otrzymujemy w zamian wsparcia czy empatii. Tylko przyjaciele mogą nam to dać, ale nie ma ich wszystkich przy nas”.

Kilka kilometrów na południe, w samym sercu Oakland, które w dalszym ciągu podnosi się po nieudanych próbach rewaloryzacji zabudowy miejskiej w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kooperatywa mieszkaniowa Swan’s Market jest dowodem na to, że można z powodzeniem stworzyć dobrze prosperującą wspólnotę w tak wymagającym miejscu, jakim jest podupadła część śródmieścia. Ukończony w 2000 roku, jako część nowatorskiego programu ochrony zabytków, niegdysiejszy targ jest dziś ceglanym kompleksem krytym dachówką, w którego skład wchodzą apartamenty do wynajęcia w przystępnej cenie, sklepy, restauracje, biura praz Muzeum Sztuki Dziecięcej. Pierwsi członkowie kooperatywy, we współpracy z miejscowym deweloperem, opracowali projekt budynku, w którym mieszczą się mieszkania o powierzchni od 56 do 84 m2. Ponadto, budynek posiada imponujący obiekt z salą konferencyjną, salonem i supernowoczesną kuchnią.

„Wpólna przestrzeń jadalna jest kluczowa dla idei cohousingu”, mówi jej zwolennik Neil Planchon, jeden z pierwszych członków, dzięki któremu kooperatywa Swan’s Market zaczęła działać. Pomimo, że każde mieszkanie ma na wyposażeniu kuchnię, mieszkańcy jedzą wspólnie trzy posiłki tygodniowo. Zmieniają się jedynie kucharze i uczestnicy tych posiłków. Planchon podkreśla, że bardzo ważna jest dobra organizacja przy przygotowywaniu wspólnych posiłków i przydzielaniu zajęć.

„Mamy naprawdę sprawny system zapisów”. Kucharze rozsyłają menu na cztery dni przed planowanym posiłkiem, a lista chętnych zostaje zamknięta dwa dni wcześniej. „Mamy również dobry system finansowy – posiłek dla jednej osoby to koszt rzędu trzech lub czterech dolarów”.

Korzyści, które płyną ze wspólnego wysiłku i wspólnej puli pieniędzy, widać w każdym aspekcie życia. Na przykład kooperanci zdecydowali się na zakup wspólnych urządzeń do pralni, tak więc nikt nie musi mieć pralki czy suszarki u siebie w domu. „W ten sposób zaoszczędzamy czas, miejsce i pieniądze”, mówi Planchon. Ponadto ci sami ludzie pomagają urządzić pokój gościnn, wkładają własną pracę i podnoszą wartość mieszkania. Oprócz tego zdecydowali się na dwa zbiorniki z gorącą wodą, jeden zasilający system ogrzewania, a drugi do codziennego użytku. „Dość radykalne rozwiązanie”, uśmiecha się Planchon. „Nawet architekt wziął nas za wariatów. Dla nas liczy się fakt, że cały pomysł był zgodny z założeniami idei zrównoważonego rozwoju, czyli większa przestrzeń prywatna oraz mniejsze zużycie gazu ziemnego. Nam to pasuje”.

Nieco ponad trzy kilometry na północ od Broadway, znajduje się kooperatywa mieszkaniowa Temescal Creek, wymarzone miejsce Karlsonów.

Ten nowoczesny jak na 1999 rok model wspólnoty został zapoczątkowany przez pięć rodzin, które zakupiły trzy sąsiadujące ze sobą domki dwurodzinne z lat 20. XX wieku. Gdy się tam osiedlili, dobudowali mieszkanie na piętrze oraz budynek dla wszystkich, zasilany energią słoneczną.

„Nikogo z nas nie byłoby stać na zakup domku jednorodzinnego, zwłaszcza w tej okolicy”, mówi Karen Hester, jedna z założycielek Temescal Creek. Kooperanci zakupili „bliźniaki” za 785 tys. dolarów. Niedrogo jak na tamte czasy, ale też z niemałym wysiłkiem. „Wszyscy pracowaliśmy w organizacjach non profit i nie zarabialiśmy wiele. Każdy zapożyczył się u rodziny lub przyjaciół, ale bez wątpienia była to moja najlepsza decyzja w życiu, zarówno pod względem finansowym jak i wspólnotowym. To była słuszna decyzja na wielu płaszczyznach”.

Pomimo tego że na początku było mnóstwo pracy, Karen uważa, że lubi ten model, ponieważ to mieszkańcy Temescal Creek mieli wpływ na postęp prac projektowych, a nie deweloper. „To było takie naturalne. Po prostu wzięliśmy się do pracy i stworzyliśmy to miejsce”. Pewne rzeczy, takie jak harmonogram wspólnych posiłków oraz dni roboczych, mieli dopiero opracować, ale najważniejsze dla Karen było to, że wszyscy mieli mniej więcej podobne oczekiwania. „Chcieliśmy stworzyć miejsce przyjazne dzieciom, ale i dla dorosłych”.

4650479429_f7d8f8edd1_o
Mieszkańcy Temescal Creek. JoeInSouthernCA, flickr, cc by-nd 2.0

Niezależnie od położenia wszystkie kooperatywne wspólnoty łączą przyświecające im idee, które są cenniejsze od pieniędzy. Neil Planchon opisuje wspólnoty cohousingowe jako dobrze prosperujące sąsiedztwa. „W dzisiejszym świecie ludzi zajmuje zbyt wiele powierzchownych spraw. Natomiast tutaj mają niebywałą okazję do zrobienia czegoś wartościowego, do nawiązania bliskich kontaktów i pomocy naszym pobratymcom”.

Te koneksje z kolei dają poczucie sprawczości i pozwalają indywidualnym kooperantom działać na szerszą skalę, tak jak w przypadku Karen Hester, która organizuje cotygodniowy festiwal jedzenia na szczeblu lokalnym o nazwie „Bites off Broadway”, czy też Jennifer West z Doyle Street, która ubiega się o stanowisko radnej Emeryville. „Uważam, że społeczeństwo staje się bardziej kreatywne jako całość”, mówi Brad Gunkel. „Gromadzenie wspólnych zasobów ma ogromną wartość i nie chodzi o to, aby się wkupić i mieć spokój”.

Tekst pochodzi ze strony Yes! Magazine.

Przełożyła Weronika Dyr

Tłumaczenie na licencji: Licencja Creative Commons

Advertisements

One thought on “Życie jest łatwiejsze, gdy mieszkamy po sąsiedzku z przyjaciółmi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s